poniedziałek, 20 lipca 2020

Śnieżnicki Park Krajobrazowy. Dzień pierwszy, czyli ten, w którym nie zdobyłam Śnieżnika



Sudety na rowerze marzyły mi się już od dłuższego czasu. Ten łańcuch górski znam najsłabiej. Przez wiele lat włóczyłam się po Beskidach i byłam niemal we wszystkich beskidzkich pasmach. Tymczasem w Sudetach raptem kilka razy, nie licząc wypadów do Kudowy-Zdrój. Znam nieco Karkonosze, byłam w Rudawach Janowickich oraz w Górach Stołowych, w których w ostatnim czasie bywam regularnie. Fascynują mnie te tereny i ciekawi mnie ogromnie Dolny Śląsk. Dlatego jakiś czas temu zakupiłam przewodnik, kilka map i zanim się zorientowałam już siedziałam w pociągu.

W czwartkowy wieczór (2 lipca), jak za dawnych lat, wsiadłam do nocnego pociągu, by po wielogodzinnej podróży, nieprzespanej nocy oraz jednej przesiadce, ruszyć w góry. Przyznam, że planując tę podróż, miałam pewne obawy co do moich możliwość po nieprzespanej nocy. Wiek robi swoje i zarwanie nocy nie jest już tak bezkarne, jak niegdyś. Dlatego też wyznaczona przeze mnie trasa nie przekraczała 40 km. Okazało się, że obawy były bezpodstawne, jechało się całkiem dobrze i nie dopadł mnie żaden kryzys w trasie. 

Ze stacji kolejowej w Domaszkowie ruszyłam zielonym szlakiem rowerowym do Międzygórza. Szaro-bure niebo straszyło deszczem, a prognozy mówiły o przelotnych opadach. Jechałam z nadzieją, że ewentualny deszcz przejdzie sobie bokiem. Droga do samego Międzygórza wiodła asfaltem różnej jakości. Były miejsca, w których porastał on lekko trawą, a ja zastanawiałam się, kiedy porośnie na tyle, że trzeba będzie kosić ;-).


Międzygórze - Perła Sudetów
Marząc o kawie, dotarłam do Międzygórza, malowniczej miejscowości u stóp Masywu Śnieżnika.  Międzygórze to niewielka wieś, licząca nieco ponad pięciuset mieszkańców. Powstała w XVI wieku jako górnicza osada. Wydobywano tu rudy żelaza, jednak po wojnie trzydziestoletniej górnictwo upadło a ludność zaczęła się utrzymywać z rolnictwa oraz tkactwa. W XIX w., za sprawą Marianny Orańskiej, Międzygórze przekształciło się w miejscowość turystyczną i pozostaje nią do dziś. To właśnie z tego czasu pochodzą, dominujące w zabudowie, wille w stylu szwajcarskim. Warto tu przyjechać i poczuć ten niepowtarzalny klimat. Niestety, jakoś nie miałam pomysłu na zdjęcia z Międzygórza, więc w zasadzie mam tylko to jedno, zrobione spod sklepu spożywczego, które zupełnie nie oddaje uroku tej miejscowości. 


Wodospad Wilczki
Ale jeszcze zanim wjechałam do centrum miejscowości, skierowałam się do Rezerwatu Przyrody Wodospad Wilczki. Bardzo lubię rezerwaty i jeśli jest jakiś w pobliżu miejsca, do którego się wybieram lub przez które przejeżdżam, to staram się zajrzeć choć na chwilę.


Wodospad Wilczki dawniej zwany był Wodogrzmotami Żeromskiego, a to za sprawą drużyny harcerskiej im. Stefana Żeromskiego z Łodzi, która po zakończeniu II wojny światowej uporządkowała to miejsce i wytyczyła ścieżki turystyczne. Co nie oznacza, że wcześniej wodospad nie był znany. Wiemy ze źródeł, że już w końcu XVIII wieku przybywali tu turyści przebywający w Lądku oraz Długopolu. Muszę przyznać, że miejsce to zrobiło na mnie spore wrażenie. Nie wiem, jak wygląda ono w szczycie sezonu i przy pięknej pogodzie. Ja miałam je niemal całe dla siebie, bo jedynie gdzieś w oddali dostrzegłam dwie spacerujące osoby. Gdy zniknęły one z zasięgu mojego wzroku, zostałam sama i mogłam się rozkoszować tym miejscem.


Nasyciwszy się rezerwatem, ruszyłam w kierunku centrum Międzygórza. 
Tu musiałam porzucić swe nadzieje na kawę, ponieważ nie znalazłam miejsca, które o tak wczesnej porze spełniałoby dwa warunki: byłoby otwarte i sprzedawano by w nim kawę. Musiałam się zatem pokrzepić sokiem marchewkowym i suchą bułą z miejscowego spożywczaka. 

Z Międzygórza ruszyłam szlakiem rowerowym ER-2 do schroniska pod Śnieżnikiem. 


Czekał mnie długi i męczący, ale bardzo łatwy technicznie podjazd. Niespiesznie pięłam się do góry. Czym wyżej, tym było piękniej a zieleń coraz bardziej zielona. I znów byłam zupełnie sama. Aż do skrzyżowania szlaków, znajdującego się kilkaset metrów od schroniska, nie spotkałam nikogo. I było mi z tym niewyobrażalnie dobrze. 



Schronisko pod Śnieżnikiem
Początki schroniska związane są z osobą Marianny Orańskiej, która w lipcu 1840 roku, wraz ze swoim ojcem, Wilhelmem, dotarła na szczyt Śnieżnika. Jakiś czas później, gdy stała się właścicielką hali pod Śnieżnikiem, poleciła wybudować w tym miejscu tzw. szwajcarkę, która stanowi obecnie główną część schroniska.  


Nie wiem, ile czasu zajęło mi dotarcie do schroniska. Trochę żałuję, że nie odnotowałam tego w pamięci. Ale pamiętam, że byłam tam na tyle wcześnie, że kusiło mnie, aby porzucić rower pod schroniskiem i zdobyć Śnieżnik. Na wypych roweru kompletnie nie miałam ochoty, a z tego, co gdzieś tam wyczytałam, to wjechać się tam raczej nie da. Ostatecznie jednak to nie rower porzuciłam, a pomysł zdobycia Śnieżnika. Zaczynało padać, widoczność była słaba, więc uznałam, że wdrapię się na najważniejszy szczyt Śnieżnickiego Parku Krajobrazowego następnym razem. Spełniwszy wreszcie swoje marzenie o kawie, postanowiłam ruszyć dalej. 
Teraz czekał mnie w zasadzie już tylko długi, kilkunastokilometrowy zjazd do Stronia Śląskiego. Podskakując na kamieniach pędziłam w dół, robiąc od czasu do czasu przerwy, by dać odpocząć dłoniom, kurczowo ściskającym hamulce lub chowając się przed mocniejszym deszczem. 





I tak, czasem w słońcu, czasem w deszczu, ok. godziny 14:00 dotarłam do Stronia. Godzina była wczesna, ale pogoda mało zachęcająca. Zrobiłam więc małą pętelką dookoła miasta, posiedziałam w parku i poszłam się zakwaterować oraz odespać zarwaną noc.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Śnieżnicki Park Krajobrazowy. Dzień drugi, czyli ten, w którym uprawiałam slow ride w najczystszej postaci

Tego dnia obudziłam się dość wcześnie, ale już przy pierwszych łykach kawy wiedziałam, że nie ma sensu nigdzie się spieszyć, że to ...