piątek, 26 czerwca 2020

Pierwsze spotkanie z Welskim Parkiem Krajobrazowym



Pomysł na odwiedzenie Welskiego Parku Krajobrazowego pojawił się nagle. Wielokrotnie oglądane z okien pociągu okolice Działdowa wydawały mi się na tyle interesujące, że postanowiłam wysiąść kiedyś właśnie tu. I ta myśl gdzie tam sobie zapadła. Aż pewnego dnia zerknęłam na mapę i zobaczyłam, że w niedalekiej odległości od Działdowa znajdują się aż dwa parki krajobrazowe, decyzja zapadła a kilka dni później już siedziałam w siodle i zmierzała w kierunku Welskiego Parku Krajobrazowego. Wcześniej jednak, aby to moje zwiedzanie miało jakiś sens, opracowałam pewien plan i wytyczyłam sobie trzy trasy do pokonania. Pierwsza za mną i to o niej chciałabym opowiedzieć. Ale na początek kilka słów o samym parku.

Welski Park Krajobrazowy
Powołany w 1995 r. chroni środkowy odcinek rzeki Wel, największego lewobrzeżnego dopływu Drwęcy. Rzeka jest niezwykle malownicza, a szczególnie piękny jej fragment podlega ochronie w rezerwacie "Piekiełko". I to własnie ten rezerwat był głównym celem mojej wycieczki do Welskiego Parku Krajobrazowego. 

W drogę...
Ze stacji kolejowej w Działdowie ruszam w stronę Lidzbarka drogą 544, z której uciekam tylko raz w miejscowości Przełęk, by powrócić na nią znów między Wielkim Łęckiem a Ciborzem. Przyznam, że wybór tej trasy nie był najlepszym pomysłem. Samochodów nie było dużo. Jednak te nieliczne pędziły z zawrotną prędkością lub mijały mnie na tzw. "gazetę". No i ja zdecydowanie wolę drogi znajdujące się gdzieś na uboczu. Ale w tym konkretnym przypadku nie bardzo wiedziałam, jak mam dojechać do Lidzbarka, nie dokładając niezliczonej ilości kilometrów. Dla tych, którzy mają więcej czasu,  dobrym rozwiązaniem byłoby wysiąść w miejscowości Narzym i udać się do Lidzbarka bocznymi, mniej uczęszczanymi drogami. Albo udać się tam trasą mego powrotu i odbić na Cibórz w Kotach.

Pierwsze spotkanie z rzeką Wel
Docieram do miejscowości Cibórz i znów na chwilę zjeżdżam ze wspomnianej drogi 544. Zatrzymuję się na chwilę na porośniętym winoroślą mostku na rzece i podziwiam znajdujący się tu stary młyn.




Robię pętelkę we wsi i ruszam dalej, do Lidzbarka. Za Lidzbarkiem zaczyna się najlepsza część tej wycieczki. Ci, którzy dysponują samochodem, mogą dojechać do Lidzbarka i tu przesiąść się na rower. Czerwonym szlakiem pieszym (szlakiem grunwaldzkim), jadę do miejscowości Chełsty. Mimo iż jest to szlak pieszy, bez problemu można ten fragment przejechać rowerem, ponieważ prowadzony został szerokimi, leśnymi drogami (poza jednym krótkim fragmentem). Po drodze zatrzymuję się na chwilę w Kurojadach, ale trudno się nie zatrzymać w miejscu, które wygląda tak:




Między Kurojadami a Chełstami szlak biegnie dość blisko rzeki Wel i w mojej opinii to bardzo przyjemny i malowniczy odcinek. Powoli zaczynam też, spoglądając na zegarek, obawiać się, czy aby na pewno zdążę na pociąg powrotny. A przede mną jeszcze to, co najważniejsze tego dnia, czyli Rezerwat "Piekiełko". Zatem, bez zbędnego ociągania się, nasyciwszy oczy widokiem rzeki Wel z mostu w Chełstach, ruszam czym prędzej w kierunku rezerwatu. Czeka mnie stromy, jak na te tereny, podjazd asfaltem, a potem znów przyjemna, leśna szeroka droga prowadząca do rezerwatu. 

Rezerwat Piekiełko
To jeden z czterech rezerwatów na terenie Welskiego Parku Krajobrazowego i w moim odczuciu jest to zarazem najważniejsze miejsce w tym parku krajobrazowym. To tu znajduje się najpiękniejszy fragment rzeki Wel. Płynąc przez rezerwat, nabiera ona niemal górskiego charakteru. Fantastyczne miejsce:




Na zdjęciach tego nie widać, ale Wel na tym odcinku ma przełomowy charakter i płynie między zboczami, których wysokość dochodzi do 30 m. Ze względu na zbyt szybko upływający czas nie przeszłam całej ścieżki w rezerwacie. Zatrzymałam się u progu drewnianych schodów prowadzących na szczyt wzgórza. Będę musiała tu wrócić, najchętniej jesienią, taką polską złotą jesienią.

Z Rezerwatu "Piekiełko" zmierzam znów do wsi Chełsty, ale zupełnie inną drogą, robiąc tym samym pętlę wokół rezerwatu. Towarzyszą mi takie widoki:



W Chełstach ponownie pokonuję stromy podjazd, z którego tym razem skręcam w prawo i mknę asfaltem a potem szutrem nad Jezioro Jeleńskie. Czas mnie goni, ale chwilę na zdjęcia i krótki postój znajduję:




Nad Jeziorem Jeleńskim, w jego zachodniej części, znajduje się kolejny rezerwat przyrody Welskiego Parku Krajobrazowego - Rezerwat Przyrody Bagno Koziana, chroniący rozległy obszar torfowisk będących ostoją ptactwa wodno-błotnego.

Kolejne kilometry przemierzam głównie szutrami i drogami polnymi, wśród malowniczych krajobrazów:



Zatrzymuję się jeszcze na chwilę w Turzy Małej, by z odległości podziwiać pałac z lat 80. XIX w., będący przykładem renesansu północnoniemieckiego i jednocześnie jeden z najcenniejszych zabytków Welskiego Parku Krajobrazowego:


Niestety, czasu mam już niewiele, więc podziwianie z odległości musi mi wystarczyć.

Dalej, przez pola i wiatrowe farmy, podążam w kierunku Działdowa z nadzieją, że żadna z dróg nie skończy się nagle w chaszczach i nie będę musiała, z wizją odjeżdżającego beze mnie pociągu, szukać dróg alternatywnych.


Udało się. Docieram na stację z idealnym zapasem czasu, aby zająć na peronie dogodne miejsce i wypatrywać nadjeżdżającego środka transportu. A Do Welskiego Parku Krajobrazowego wybiorę się znów, bo mam jeszcze kilka pomysłów na rowerowe eskapady po jego terenach.



POBIERZ PLIK GPX



środa, 24 czerwca 2020

#OdkrywamParkiKrajobrazowe


Pomysł, aby odwiedzać i zwiedzać parki krajobrazowe w Polsce wg jakiegoś planu narodził się w mojej głowie już jakiś czas temu. Pojawiał się, potem znikał, a potem znów się pojawiał. Aż pewnego dnia, na początku czerwca tego roku, z pomysłu zaczął przeradzać się w plan.

Włóczę się rowerem w różne miejsca i często zaglądam do Parków Krajobrazowych. Jednak mam poczucie, że to moje bycie w tych miejscach było zbyt pobieżne. Przez wiele parków po prostu przejechałam, oczywiście zatrzymując się w wielu miejscach i starając się je choć trochę poznać, ale nie było to takie poznanie, jakie mam teraz na myśli. Chcę je objechać możliwie dokładnie, odwiedzić w nich miejsca warte odwiedzenia i trochę powłóczyć się tam, gdzie niewiele osób zagląda. W praktyce wyobrażam to sobie tak, że najpierw zgłębiam mapę, zaznaczam miejsca, w których chciałabym być, opracowuję plan ramowy i ruszam w drogę. Nie oznacza to, że będę zwiedzać te parki w jakiejś ustalonej kolejności, że do kolejnego ruszę po poznaniu aktualnie zwiedzanego. Otóż nie. Będzie tak, jak z czytaniem książek. Czasem czytam tylko jedną, a czasem dwie lub nawet trzy równolegle. Czasem wyjadę na dwa, trzy lub cztery dni, a czasem będę to robić w trakcie jednodniowych wypadów. 


Będzie to przygoda na wiele lat, a może na całe pozostałe mi życie. Któż to wie? Obecnie w Polsce mamy 125! parków krajobrazowych (dane na dzień 1 stycznia 2020 r.). Jest co robić przez co najmniej kilkanaście lat albo i dłużej.

wtorek, 23 czerwca 2020

Pierwsza przygoda z Single Trackami


Doszłam ostatnio do wniosku, że powinnam zacząć pisać z czystej, kronikarskiej potrzeby. Pamięć jest ulotna i z czasem w mojej głowie zostaje mnóstwo obrazów z odwiedzonych miejsc i te miejsca się trochę ze sobą mieszają. Szczególnie, jak się jest głodnym wrażeń i ciągle się gdzieś człowiek włóczy.

Miniony weekend miał być jednym z tych, z których człowiek próbuje wycisnąć maksimum możliwości. Przedłużony o jeden dzień aż kipiał od planów biegowo-rowerowych. Z zapowiadanych deszczy kpiłam w duchu, licząc że gdzieś tam jakiś motyl machnie skrzydłem i przywróci słońcu blask. Nie machnął. No cóż, elastyczność w takich sytuacjach jest najważniejsza.

O sieci single tracków na ziemi kłodzkiej przeczytałam całkiem niedawno i gdzieś tam w głowie zaczął rodzić się pomysł, żeby spróbować się z czymś takim zmierzyć. Ale raczej tak przy okazji, bo ja jednak lubię jeździć własnymi ścieżkami. I właśnie w piątek nadarzyła się ku temu okazja, bo o dłuższej włóczędze na dwóch kółkach nie było mowy. A że spędzałam ten weekend w Kudowie-Zdroju, w której są od niedawna single tracki, to decyzja zapadła szybko.

Wspomniane wyżej single tracki znajdują się tuż przy granicy z Czechami, w dzielnicy Kudowy Brzozowie i usytuowane są na okolicznych wzgórzach, które idealnie się nadają do tego celu. Łącznie w Brzozowiu możemy zmierzyć się z czterema trasami o różnym stopniu trudności. My pokonaliśmy je w niestepującej kolejności: Źródełko, Za rzeką, Everest, Widoczek.

Źródełko jest trasą najłatwiejszą, liczy niespełna 4 km i jeśli ktoś nie jest doświadczonym górskim rowerzystą lub chce coś łatwego na rozgrzewkę, to właśnie od tej trasy powinien zacząć. My, jako kompletnie początkujący na single trackach, byliśmy zachwyceni i bawiliśmy się na tej trasie wyśmienicie, a zjeżdżając, nie spuszczaliśmy dłoni z hamulców. Taki to już urok początkującego. A potem było coraz lepiej i piękniej.

Na kolejnym singlu, Za rzeką, ciężko było się powstrzymać od robienia zdjęć. No pięknie tam jest. I nie mam tu na myśli widoków ze szczytu. Sam las jest przepiękny i to, jak została ta ścieżka poprowadzona.

Najwięcej obaw budził Everest, bo opisany jest jako najtrudniejszy. Ale ze względu na to, że Widoczek jest nieco oddalony, postanowiliśmy zmierzyć się z nim w trzeciej kolejności. Stwierdziliśmy, że najwyżej się wycofamy i ruszyliśmy. I rzeczywiście jest najtrudniejszy. Ale nie są to takie trudności, których nie dało by się pokonać. Bez większych problemów przejechaliśmy całość, obficie korzystając z hamulców.

Na deser zostawiliśmy sobie Widoczek, który znajduje się kilka kilometrów dalej, niż trzy pozostałe. I to była dobra decyzja. Po pokonaniu leśnego podjazdu docieramy do pięknego, bardzo widokowego miejsca i te widoki towarzyszą nam przez większą część zjazdu. Bajka.

Moje pierwsze doświadczenie z single trackami zaliczam do bardzo udanych. Jeśli nie próbowaliście, to polecam. Ja nie jestem jakimś super doświadczonym górskim kolarzem, a pokonałam wszystkie, dobrze się przy tym bawiąc.
















Śnieżnicki Park Krajobrazowy. Dzień drugi, czyli ten, w którym uprawiałam slow ride w najczystszej postaci

Tego dnia obudziłam się dość wcześnie, ale już przy pierwszych łykach kawy wiedziałam, że nie ma sensu nigdzie się spieszyć, że to ...