Tego dnia obudziłam się dość wcześnie, ale już przy pierwszych łykach kawy wiedziałam, że nie ma sensu nigdzie się spieszyć, że to jeden z tych dni, w których chcesz zjeść bardzo leniwe śniadanie, a gdy już wyruszysz w drogę, chcesz przysiadać na ławeczkach, zatrzymywać się w miejscach widokowych i być tam jak najdłużej. Dlatego zaplanowałam na ten dzień niespełna 40-kilometrową trasę, która była połączeniem dwóch pętli w Masywie Śnieżnika: Drogi nad Lejami oraz Pętli Młyńskiej. Droga nad Lejami, biegnąca wschodnim zboczem Śnieżnika, na wysokości ok. 1000 m. n.p.m., oznaczona jest w przewodnikach jako trasa trudna, podobnie jak Pętla Góry Młyńsko. Gdy przed wyjazdem opracowywałam sobie tę trasę, widziałam siebie u kresu sił wpychającą swój rower pod jakiś stromy podjazd, pełen kamieni i korzeni. Już rozumiecie, dlaczego tylko 40 km? No cóż, wyobraźnia splatała mi figla. Nie było wypychów, nie było słaniania się ze zmęczenia. Był tylko zachwyt i radość. A ja przedefiniowałam pojęcie trudna.
Ruszyłam ze Stronia ok. godziny 10:00 i znów, podobnie jak poprzedniego dnia, pierwsze kilometry pokonywałam asfaltem.
Jechałam, chłonąc ciszę i rozkoszując się ciepłem promieni słonecznych. Tego dnia pogoda była idealna.
Moja trasa biegła m.in. przez Kamienicę, niewielką, bo liczącą raptem około 60 mieszkańców wieś. Założona w końcu XVI w. jako miejsce wyrębu lasów i przetwórstwa drewna, z czasem stała się ośrodkiem tkactwa a od XIX w. jest miejscowością turystyczną. Mnie kojarzyć się będzie z wąską drogą, na której nie minął mnie chyba żaden samochód, błogim spokojem, sielankowymi krajobrazami oraz z wiszącymi na płotkach, barierkach i mostkach donicami z kwiatami. Patrząc na tę współczesną Kamienicę, trudno uwierzyć, że przed II wojną światową liczyła prawie sześciuset mieszkańców!
Na końcu asfaltu, przy parkingu, wjechałam do lasu, by teraz, przez wiele kilometrów piąć się do góry. Początkowo jechałam po prostu leśną, szeroką drogą, widząc jedynie las po obu stronach. Ale za to jaki las!
Z czasem, gdy zbliżałam się najwyższego punktu tej pętli, zaczęły pojawiać się pierwsze widoki. Aż dotarłam do miejsca, które nie sposób było minąć obojętnie. Wdrapałam się na stertę ściętego drzewa, by mieć lepszy widok, i sączyłam powoli piwo bezalkoholowe o jakimś egzotycznym smaku, pasąc oczy widokiem gór. Czysta rozkosz.
Po około godzinie ruszyłam dalej i chwilę później przekonałam się, że tamten widok był tylko preludium do tego, co czekało mnie dalej.
Gdy skończyły się widoki, zaczął się zjazd w dół. I znów, ściskając hamulce, ale już nieco mniej kurczowo niż dnia poprzedniego, pomknęłam w dół. Spędziłam krótką chwilę nad szumiącą rzeką, zajrzałam do kamieniołomu i odbiłam na Pętlę Młyńską. Tu widoki nie były tak spektakularne, ale dobrze wspominam tę trasę. Lubię las, więc nawet taki bez specjalnych widoków przynosi mi wiele satysfakcji.
Zjechawszy na dół, wróciłam kontynuować pierwszą pętlę. Czekał mnie jeszcze jeden podjazd, ale dość krótki i jakiś czas później znów mknęłam w dół.
Aż zobaczyłam ławeczkę. I znów sobie przysiadłam, tym razem z widokiem na łąkę, widoczną na poniższym zdjęciu.
Stąd do Stronia było już tak blisko, że nasiedziałam się do woli i niespiesznie ruszyłam. Piękne, sielankowe krajobrazy towarzyszyły mi aż do Starej Morawy.
Stara Morawa, leżąca w dolinie dwóch rzek: Kleśnicy i Kamienicy, słynie (choć nie wiem, czy to dobre słowo w tym przypadku) przede wszystkim ze znajdującego się tam rekreacyjnego zalewu ze strzeżonym kąpieliskiem, plażą, molo oraz wieżą widokową. Zupełnie nie moje klimaty. Obok tego zalewu przejeżdżałam kilkukrotnie w ciągu tych czterech spędzonych tam dni. Podobało mi się tam tylko pierwszego dnia, kiedy, ze względu na deszcz, nie było tam nikogo. Każdego kolejnego, przy pięknej słonecznej pogodzie, były tam tłumy, a na ulicy sznur samochodów. Uciekłam czym prędzej, nie zrobiwszy ani jednego zdjęcia.
Warto nadmienić, że w Starej Morawie jest jeszcze jedno miejsce godne uwagi: Wapiennik "Łaskawy Kamień", czyli zabytkowy piec do wypalania wapna, pochodzący z XIX w. i zaprojektowany przez Karla Friedricha Schinkela. Budowla ta w 1978 roku otrzymała drugie życie. Została odrestaurowana i mieści się w niej galeria sztuki, pracownia grafiki artystycznej, taras widokowy oraz obserwatorium nietoperzy. Niestety, zdjęcie tego miejsca gdzieś mi się zagubiło.
Chwilę później byłam już w Stroniu. Przez chwilę nawet mnie kusiło, żeby może jeszcze gdzieś pojechać, ale wygrało lenistwo, konieczność zrobienia zakupów oraz postudiowania mapy przed kolejnym dniem.
Bez wątpienia był to udany dzień a przejechaną przeze mnie trasę mogę polecić z czystym sumieniem. W mojej, bardzo subiektywnej ocenie, nie jest to trasa trudna. Prowadzi głównie szerokimi, leśnymi drogami bardzo dobrej jakości oraz asfaltem. I jest w pełni przejezdna.
Mapka i plik gpx dla zainteresowanych:



















