poniedziałek, 27 lipca 2020

Śnieżnicki Park Krajobrazowy. Dzień drugi, czyli ten, w którym uprawiałam slow ride w najczystszej postaci



Tego dnia obudziłam się dość wcześnie, ale już przy pierwszych łykach kawy wiedziałam, że nie ma sensu nigdzie się spieszyć, że to jeden z tych dni, w których chcesz zjeść bardzo leniwe śniadanie, a gdy już wyruszysz w drogę, chcesz przysiadać na ławeczkach, zatrzymywać się w miejscach widokowych i być tam jak najdłużej. Dlatego zaplanowałam na ten dzień  niespełna 40-kilometrową trasę, która była połączeniem dwóch pętli w Masywie Śnieżnika: Drogi nad Lejami oraz Pętli Młyńskiej. Droga nad Lejami, biegnąca wschodnim zboczem Śnieżnika, na wysokości ok. 1000 m. n.p.m., oznaczona jest w przewodnikach jako trasa trudna, podobnie jak Pętla Góry Młyńsko. Gdy przed wyjazdem opracowywałam sobie tę trasę, widziałam siebie u kresu sił wpychającą swój rower pod jakiś stromy podjazd, pełen kamieni i korzeni. Już rozumiecie, dlaczego tylko 40 km? No cóż, wyobraźnia splatała mi figla. Nie było wypychów, nie było słaniania się ze zmęczenia. Był tylko zachwyt i radość. A ja przedefiniowałam pojęcie trudna. 

 Ruszyłam ze Stronia ok. godziny 10:00 i znów, podobnie jak poprzedniego dnia, pierwsze kilometry pokonywałam asfaltem. 



Jechałam, chłonąc ciszę i rozkoszując się ciepłem promieni słonecznych. Tego dnia pogoda była idealna. 

Moja trasa biegła m.in. przez Kamienicę, niewielką, bo liczącą raptem około 60 mieszkańców wieś. Założona w końcu XVI w. jako miejsce wyrębu lasów i przetwórstwa drewna, z czasem stała się ośrodkiem tkactwa a od XIX w. jest miejscowością turystyczną. Mnie kojarzyć się będzie z wąską drogą, na której nie minął mnie chyba żaden samochód, błogim spokojem, sielankowymi krajobrazami oraz z wiszącymi na płotkach, barierkach i mostkach donicami z kwiatami. Patrząc na tę współczesną Kamienicę, trudno uwierzyć, że przed II wojną światową liczyła prawie sześciuset mieszkańców!




Na końcu asfaltu, przy parkingu, wjechałam do lasu, by teraz, przez wiele kilometrów piąć się do góry. Początkowo jechałam po prostu leśną, szeroką drogą, widząc jedynie las po obu stronach. Ale za to jaki las!




Z czasem, gdy zbliżałam się najwyższego punktu tej pętli, zaczęły pojawiać się pierwsze widoki. Aż dotarłam do miejsca, które nie sposób było minąć obojętnie. Wdrapałam się na stertę ściętego drzewa, by mieć lepszy widok, i sączyłam powoli piwo bezalkoholowe o jakimś egzotycznym smaku, pasąc oczy widokiem gór. Czysta rozkosz.


Po około godzinie ruszyłam dalej i chwilę później przekonałam się, że tamten widok był tylko preludium do tego, co czekało mnie dalej. 




Gdy skończyły się widoki, zaczął się zjazd w dół. I znów, ściskając hamulce, ale już nieco mniej kurczowo niż dnia poprzedniego, pomknęłam w dół. Spędziłam krótką chwilę nad szumiącą rzeką, zajrzałam do kamieniołomu i odbiłam na Pętlę Młyńską. Tu widoki nie były tak spektakularne, ale dobrze wspominam tę trasę. Lubię las, więc nawet taki bez specjalnych widoków przynosi mi wiele satysfakcji. 



Zjechawszy na dół, wróciłam kontynuować pierwszą pętlę. Czekał mnie jeszcze jeden podjazd, ale dość krótki i jakiś czas później znów mknęłam w dół.


Aż zobaczyłam ławeczkę. I znów sobie przysiadłam, tym razem z widokiem na łąkę, widoczną na poniższym zdjęciu. 




Stąd do Stronia było już tak blisko, że nasiedziałam się do woli i niespiesznie ruszyłam. Piękne, sielankowe krajobrazy towarzyszyły mi aż do Starej Morawy.




Stara Morawa, leżąca w dolinie dwóch rzek: Kleśnicy i Kamienicy, słynie (choć nie wiem, czy to dobre słowo w tym przypadku) przede wszystkim ze znajdującego się tam rekreacyjnego zalewu ze strzeżonym kąpieliskiem, plażą, molo oraz wieżą widokową. Zupełnie nie moje klimaty. Obok tego zalewu przejeżdżałam kilkukrotnie w ciągu tych czterech spędzonych tam dni. Podobało mi się tam tylko pierwszego dnia, kiedy, ze względu na deszcz, nie było tam nikogo. Każdego kolejnego, przy pięknej słonecznej pogodzie, były tam tłumy, a na ulicy sznur samochodów. Uciekłam czym prędzej, nie zrobiwszy ani jednego zdjęcia.
Warto nadmienić, że w Starej Morawie jest jeszcze jedno miejsce godne uwagi: Wapiennik "Łaskawy Kamień", czyli zabytkowy piec do wypalania wapna, pochodzący z XIX w. i zaprojektowany przez Karla Friedricha Schinkela. Budowla ta w 1978 roku otrzymała drugie życie. Została odrestaurowana i mieści się w niej galeria sztuki, pracownia grafiki artystycznej, taras widokowy oraz obserwatorium nietoperzy. Niestety, zdjęcie tego miejsca gdzieś mi się zagubiło.

Chwilę później byłam już w Stroniu. Przez chwilę nawet mnie kusiło, żeby może jeszcze gdzieś pojechać, ale wygrało lenistwo, konieczność zrobienia zakupów oraz postudiowania mapy przed kolejnym dniem.

Bez wątpienia był to udany dzień a przejechaną przeze mnie trasę mogę polecić z czystym sumieniem. W mojej, bardzo subiektywnej ocenie, nie jest to trasa trudna. Prowadzi głównie szerokimi, leśnymi drogami bardzo dobrej jakości oraz asfaltem. I jest w pełni przejezdna.

Mapka i plik gpx dla zainteresowanych:







poniedziałek, 20 lipca 2020

Śnieżnicki Park Krajobrazowy. Dzień pierwszy, czyli ten, w którym nie zdobyłam Śnieżnika



Sudety na rowerze marzyły mi się już od dłuższego czasu. Ten łańcuch górski znam najsłabiej. Przez wiele lat włóczyłam się po Beskidach i byłam niemal we wszystkich beskidzkich pasmach. Tymczasem w Sudetach raptem kilka razy, nie licząc wypadów do Kudowy-Zdrój. Znam nieco Karkonosze, byłam w Rudawach Janowickich oraz w Górach Stołowych, w których w ostatnim czasie bywam regularnie. Fascynują mnie te tereny i ciekawi mnie ogromnie Dolny Śląsk. Dlatego jakiś czas temu zakupiłam przewodnik, kilka map i zanim się zorientowałam już siedziałam w pociągu.

W czwartkowy wieczór (2 lipca), jak za dawnych lat, wsiadłam do nocnego pociągu, by po wielogodzinnej podróży, nieprzespanej nocy oraz jednej przesiadce, ruszyć w góry. Przyznam, że planując tę podróż, miałam pewne obawy co do moich możliwość po nieprzespanej nocy. Wiek robi swoje i zarwanie nocy nie jest już tak bezkarne, jak niegdyś. Dlatego też wyznaczona przeze mnie trasa nie przekraczała 40 km. Okazało się, że obawy były bezpodstawne, jechało się całkiem dobrze i nie dopadł mnie żaden kryzys w trasie. 

Ze stacji kolejowej w Domaszkowie ruszyłam zielonym szlakiem rowerowym do Międzygórza. Szaro-bure niebo straszyło deszczem, a prognozy mówiły o przelotnych opadach. Jechałam z nadzieją, że ewentualny deszcz przejdzie sobie bokiem. Droga do samego Międzygórza wiodła asfaltem różnej jakości. Były miejsca, w których porastał on lekko trawą, a ja zastanawiałam się, kiedy porośnie na tyle, że trzeba będzie kosić ;-).


Międzygórze - Perła Sudetów
Marząc o kawie, dotarłam do Międzygórza, malowniczej miejscowości u stóp Masywu Śnieżnika.  Międzygórze to niewielka wieś, licząca nieco ponad pięciuset mieszkańców. Powstała w XVI wieku jako górnicza osada. Wydobywano tu rudy żelaza, jednak po wojnie trzydziestoletniej górnictwo upadło a ludność zaczęła się utrzymywać z rolnictwa oraz tkactwa. W XIX w., za sprawą Marianny Orańskiej, Międzygórze przekształciło się w miejscowość turystyczną i pozostaje nią do dziś. To właśnie z tego czasu pochodzą, dominujące w zabudowie, wille w stylu szwajcarskim. Warto tu przyjechać i poczuć ten niepowtarzalny klimat. Niestety, jakoś nie miałam pomysłu na zdjęcia z Międzygórza, więc w zasadzie mam tylko to jedno, zrobione spod sklepu spożywczego, które zupełnie nie oddaje uroku tej miejscowości. 


Wodospad Wilczki
Ale jeszcze zanim wjechałam do centrum miejscowości, skierowałam się do Rezerwatu Przyrody Wodospad Wilczki. Bardzo lubię rezerwaty i jeśli jest jakiś w pobliżu miejsca, do którego się wybieram lub przez które przejeżdżam, to staram się zajrzeć choć na chwilę.


Wodospad Wilczki dawniej zwany był Wodogrzmotami Żeromskiego, a to za sprawą drużyny harcerskiej im. Stefana Żeromskiego z Łodzi, która po zakończeniu II wojny światowej uporządkowała to miejsce i wytyczyła ścieżki turystyczne. Co nie oznacza, że wcześniej wodospad nie był znany. Wiemy ze źródeł, że już w końcu XVIII wieku przybywali tu turyści przebywający w Lądku oraz Długopolu. Muszę przyznać, że miejsce to zrobiło na mnie spore wrażenie. Nie wiem, jak wygląda ono w szczycie sezonu i przy pięknej pogodzie. Ja miałam je niemal całe dla siebie, bo jedynie gdzieś w oddali dostrzegłam dwie spacerujące osoby. Gdy zniknęły one z zasięgu mojego wzroku, zostałam sama i mogłam się rozkoszować tym miejscem.


Nasyciwszy się rezerwatem, ruszyłam w kierunku centrum Międzygórza. 
Tu musiałam porzucić swe nadzieje na kawę, ponieważ nie znalazłam miejsca, które o tak wczesnej porze spełniałoby dwa warunki: byłoby otwarte i sprzedawano by w nim kawę. Musiałam się zatem pokrzepić sokiem marchewkowym i suchą bułą z miejscowego spożywczaka. 

Z Międzygórza ruszyłam szlakiem rowerowym ER-2 do schroniska pod Śnieżnikiem. 


Czekał mnie długi i męczący, ale bardzo łatwy technicznie podjazd. Niespiesznie pięłam się do góry. Czym wyżej, tym było piękniej a zieleń coraz bardziej zielona. I znów byłam zupełnie sama. Aż do skrzyżowania szlaków, znajdującego się kilkaset metrów od schroniska, nie spotkałam nikogo. I było mi z tym niewyobrażalnie dobrze. 



Schronisko pod Śnieżnikiem
Początki schroniska związane są z osobą Marianny Orańskiej, która w lipcu 1840 roku, wraz ze swoim ojcem, Wilhelmem, dotarła na szczyt Śnieżnika. Jakiś czas później, gdy stała się właścicielką hali pod Śnieżnikiem, poleciła wybudować w tym miejscu tzw. szwajcarkę, która stanowi obecnie główną część schroniska.  


Nie wiem, ile czasu zajęło mi dotarcie do schroniska. Trochę żałuję, że nie odnotowałam tego w pamięci. Ale pamiętam, że byłam tam na tyle wcześnie, że kusiło mnie, aby porzucić rower pod schroniskiem i zdobyć Śnieżnik. Na wypych roweru kompletnie nie miałam ochoty, a z tego, co gdzieś tam wyczytałam, to wjechać się tam raczej nie da. Ostatecznie jednak to nie rower porzuciłam, a pomysł zdobycia Śnieżnika. Zaczynało padać, widoczność była słaba, więc uznałam, że wdrapię się na najważniejszy szczyt Śnieżnickiego Parku Krajobrazowego następnym razem. Spełniwszy wreszcie swoje marzenie o kawie, postanowiłam ruszyć dalej. 
Teraz czekał mnie w zasadzie już tylko długi, kilkunastokilometrowy zjazd do Stronia Śląskiego. Podskakując na kamieniach pędziłam w dół, robiąc od czasu do czasu przerwy, by dać odpocząć dłoniom, kurczowo ściskającym hamulce lub chowając się przed mocniejszym deszczem. 





I tak, czasem w słońcu, czasem w deszczu, ok. godziny 14:00 dotarłam do Stronia. Godzina była wczesna, ale pogoda mało zachęcająca. Zrobiłam więc małą pętelką dookoła miasta, posiedziałam w parku i poszłam się zakwaterować oraz odespać zarwaną noc.


Śnieżnicki Park Krajobrazowy. Dzień drugi, czyli ten, w którym uprawiałam slow ride w najczystszej postaci

Tego dnia obudziłam się dość wcześnie, ale już przy pierwszych łykach kawy wiedziałam, że nie ma sensu nigdzie się spieszyć, że to ...