Miniony weekend miał być jednym z tych, z których człowiek próbuje wycisnąć maksimum możliwości. Przedłużony o jeden dzień aż kipiał od planów biegowo-rowerowych. Z zapowiadanych deszczy kpiłam w duchu, licząc że gdzieś tam jakiś motyl machnie skrzydłem i przywróci słońcu blask. Nie machnął. No cóż, elastyczność w takich sytuacjach jest najważniejsza.O sieci single tracków na ziemi kłodzkiej przeczytałam całkiem niedawno i gdzieś tam w głowie zaczął rodzić się pomysł, żeby spróbować się z czymś takim zmierzyć. Ale raczej tak przy okazji, bo ja jednak lubię jeździć własnymi ścieżkami. I właśnie w piątek nadarzyła się ku temu okazja, bo o dłuższej włóczędze na dwóch kółkach nie było mowy. A że spędzałam ten weekend w Kudowie-Zdroju, w której są od niedawna single tracki, to decyzja zapadła szybko.
Wspomniane wyżej single tracki znajdują się tuż przy granicy z Czechami, w dzielnicy Kudowy Brzozowie i usytuowane są na okolicznych wzgórzach, które idealnie się nadają do tego celu. Łącznie w Brzozowiu możemy zmierzyć się z czterema trasami o różnym stopniu trudności. My pokonaliśmy je w niestepującej kolejności: Źródełko, Za rzeką, Everest, Widoczek.
Na kolejnym singlu, Za rzeką, ciężko było się powstrzymać od robienia zdjęć. No pięknie tam jest. I nie mam tu na myśli widoków ze szczytu. Sam las jest przepiękny i to, jak została ta ścieżka poprowadzona.
Na deser zostawiliśmy sobie Widoczek, który znajduje się kilka kilometrów dalej, niż trzy pozostałe. I to była dobra decyzja. Po pokonaniu leśnego podjazdu docieramy do pięknego, bardzo widokowego miejsca i te widoki towarzyszą nam przez większą część zjazdu. Bajka.
Moje pierwsze doświadczenie z single trackami zaliczam do bardzo udanych. Jeśli nie próbowaliście, to polecam. Ja nie jestem jakimś super doświadczonym górskim kolarzem, a pokonałam wszystkie, dobrze się przy tym bawiąc.











Brak komentarzy:
Prześlij komentarz