wtorek, 23 czerwca 2020

Pierwsza przygoda z Single Trackami


Doszłam ostatnio do wniosku, że powinnam zacząć pisać z czystej, kronikarskiej potrzeby. Pamięć jest ulotna i z czasem w mojej głowie zostaje mnóstwo obrazów z odwiedzonych miejsc i te miejsca się trochę ze sobą mieszają. Szczególnie, jak się jest głodnym wrażeń i ciągle się gdzieś człowiek włóczy.

Miniony weekend miał być jednym z tych, z których człowiek próbuje wycisnąć maksimum możliwości. Przedłużony o jeden dzień aż kipiał od planów biegowo-rowerowych. Z zapowiadanych deszczy kpiłam w duchu, licząc że gdzieś tam jakiś motyl machnie skrzydłem i przywróci słońcu blask. Nie machnął. No cóż, elastyczność w takich sytuacjach jest najważniejsza.

O sieci single tracków na ziemi kłodzkiej przeczytałam całkiem niedawno i gdzieś tam w głowie zaczął rodzić się pomysł, żeby spróbować się z czymś takim zmierzyć. Ale raczej tak przy okazji, bo ja jednak lubię jeździć własnymi ścieżkami. I właśnie w piątek nadarzyła się ku temu okazja, bo o dłuższej włóczędze na dwóch kółkach nie było mowy. A że spędzałam ten weekend w Kudowie-Zdroju, w której są od niedawna single tracki, to decyzja zapadła szybko.

Wspomniane wyżej single tracki znajdują się tuż przy granicy z Czechami, w dzielnicy Kudowy Brzozowie i usytuowane są na okolicznych wzgórzach, które idealnie się nadają do tego celu. Łącznie w Brzozowiu możemy zmierzyć się z czterema trasami o różnym stopniu trudności. My pokonaliśmy je w niestepującej kolejności: Źródełko, Za rzeką, Everest, Widoczek.

Źródełko jest trasą najłatwiejszą, liczy niespełna 4 km i jeśli ktoś nie jest doświadczonym górskim rowerzystą lub chce coś łatwego na rozgrzewkę, to właśnie od tej trasy powinien zacząć. My, jako kompletnie początkujący na single trackach, byliśmy zachwyceni i bawiliśmy się na tej trasie wyśmienicie, a zjeżdżając, nie spuszczaliśmy dłoni z hamulców. Taki to już urok początkującego. A potem było coraz lepiej i piękniej.

Na kolejnym singlu, Za rzeką, ciężko było się powstrzymać od robienia zdjęć. No pięknie tam jest. I nie mam tu na myśli widoków ze szczytu. Sam las jest przepiękny i to, jak została ta ścieżka poprowadzona.

Najwięcej obaw budził Everest, bo opisany jest jako najtrudniejszy. Ale ze względu na to, że Widoczek jest nieco oddalony, postanowiliśmy zmierzyć się z nim w trzeciej kolejności. Stwierdziliśmy, że najwyżej się wycofamy i ruszyliśmy. I rzeczywiście jest najtrudniejszy. Ale nie są to takie trudności, których nie dało by się pokonać. Bez większych problemów przejechaliśmy całość, obficie korzystając z hamulców.

Na deser zostawiliśmy sobie Widoczek, który znajduje się kilka kilometrów dalej, niż trzy pozostałe. I to była dobra decyzja. Po pokonaniu leśnego podjazdu docieramy do pięknego, bardzo widokowego miejsca i te widoki towarzyszą nam przez większą część zjazdu. Bajka.

Moje pierwsze doświadczenie z single trackami zaliczam do bardzo udanych. Jeśli nie próbowaliście, to polecam. Ja nie jestem jakimś super doświadczonym górskim kolarzem, a pokonałam wszystkie, dobrze się przy tym bawiąc.
















Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Śnieżnicki Park Krajobrazowy. Dzień drugi, czyli ten, w którym uprawiałam slow ride w najczystszej postaci

Tego dnia obudziłam się dość wcześnie, ale już przy pierwszych łykach kawy wiedziałam, że nie ma sensu nigdzie się spieszyć, że to ...